Wywiad z Kasią Banaś

Rozmowa o inspiracjach, ważnych wystawach i kulturalnym krajobrazie Wrocławia.

Kiedy rozmawialiśmy cztery lata temu, mówiłaś  o inspiracji wierszami Tomasza Różyckiego. Jak to wygląda w tej chwili? Co inspirowało Twoje najnowsze prace i czy Różycki nadal ma na Ciebie duży wpływ?

Tak. Mój najnowszy cykl obrazów „Te poniechane światy”, który powstawał przez ostatnie półtora roku, jest inspirowany wierszem Tomasza. Podobnie jak w poprzednim cyklu „List oceaniczny”, prace nie są ilustracją do poezji, ale dialogiem z nią. Są moją bardzo osobistą odpowiedzią na wiersz, który mnie mocno poruszył i zachwycił. Tak już mam, że jeśli zakochuję się w czyjejś twórczości, czy jest to literatura, malarstwo, czy muzyka, zaraz pojawia się pragnienie, żeby ją poznać dogłębnie, przeczytać wszystko, zrozumieć, oswoić. Potrafię latami powracać do tych samych książek i po czasie odkrywać w nich nowe znaczenia, konteksty. Tomik Różyckiego pt. „Księga obrotów” zabrałam ze sobą w podróż do Norwegii. Wiersz „Te poniechane światy” był błyskiem, momentem zachwytu, wokół którego zbudowałam swoją własną malarską opowieść. Bardzo chciałam, żeby te obrazy miały w sobie coś z klimatu dawnych slajdów z dzieciństwa, oglądanych pod słońce przez przymrużone powieki. Ze swoich podróży zawsze najbardziej zapamiętuję kolor i światło, i to jest później najważniejszym motywem w moich obrazach. Obraz, jak wiersz, jest taką emocją w pigułce. Nowy cykl prac jest moją pamiątką z „miejsc nieznanych i pięknych”. Z podróży na północ, do norweskiej miejscowości Notodden, na południe, na małe greckie wyspy, ale również z tych najkrótszych wypraw – za próg domu we wrocławskich Pawłowicach. Jest tam kwietniowy śnieg w Notodden, są rozgwieżdżone noce nad jeziorem Heddalsvatnet, wybrzeże Åsgårdstrand, gdzie miał pracownię Edvard Munch, są mgły i chłodne kolory północy.

Galeria Platon zorganizowała wernisaż wystawy prezentującej „Te poniechane światy” we wrocławskim klubie Mleczarnia. To jest fantastyczne miejsce, a jego właściciele są bardzo otwarci na twórcze pomysły. Podczas otwarcia udało nam się połączyć malarstwo, poezję i muzykę. Tomasz zgodził się przeczytać swój wiersz, a wernisażowi towarzyszył koncert Wawrzyńca Dąbrowskiego, który wystąpił z solowym projektem Henry No Hurry.

Pierwszy raz zetknęłam się z Wawrzyńcem i zespołem Henry David’s Gun przy okazji ich koncertu w Starym Klasztorze i to była miłość od pierwszego usłyszenia. Znakomici muzycy, Michał Sepioło i Maciej Rozwadowski, niezwykła barwa głosu wokalisty i do tego świetne teksty. Nie wiem dlaczego, po pierwszym utworze byłam przekonana, że zespół przyjechał ze Skandynawii. Nawet kiedy Wawrzyniec odezwał się po polsku, uznałam, że jest pewnie Szwedem albo Norwegiem z polskimi korzeniami. Nie mogłam uwierzyć, że mamy taki świetny zespół w Warszawie, a ja nic o nim nie wiedziałam! Ta muzyka bardzo dobrze wpisała się w mój nastrój. Cykl „Te poniechane światy” powstawał przy dźwiękach ich albumu „Over The Fence… And Far Away” i myślę, że to także miało wpływ na klimat tych obrazów – może nieco bardziej dramatyczny, nostalgiczny, trochę mroczniejszy, niż moje wcześniejsze prace.

To, że, jak żartobliwie mówi Wawrzyniec, udało nam się „połączyć moce” podczas wspólnego wydarzenia artystycznego, było spełnieniem mojego marzenia.

Projekt Henry No Hurry idealnie pasował do idei mojej wystawy. Też opowiadał o niespiesznej podróży do małych miejsc, byciu w drodze z własnymi myślami i tęsknotami. Po wernisażu i koncercie wiele osób mówiło nam, że w ten wieczór wytworzyła się jakaś magia, że było w tym wydarzeniu coś niezwykłego. To dla mnie największa nagroda i cieszę się, że to dopiero początek wspólnej drogi, bo planujemy kolejne takie występy jeszcze w tym roku.

Lubię współpracować z artystami z innych dziedzin sztuki, zawsze powstaje z tego nowa jakość, jest fajna energia do pracy. Chyba największą zaletą z bycia malarką jest dla mnie to, że obrazy doprowadzają mnie właśnie do takich niezwykłych ludzi, spotkań, że wspólne działanie przeradza się później w przyjaźń na życie, jakoś odmienia i wzbogaca. To jest radość w czystej postaci.

Twoje prace można było oglądać na wielu wystawach. Które z nich były punktami zwrotnymi w Twojej karierze?

Na prawdziwy punkt zwrotny chyba wciąż czekam…

Na pewno zaraz po studiach ważny był dla mnie udział w wystawach Konkurs im. Eugeniusza Gepperta w BWA i Biennale Bielska Jesień. Dużo zmieniło w moim życiu zaproszenie do stałej współpracy z duńską Galerie Bram, która zorganizowała mi w Danii wiele wystaw indywidualnych i wspólnych z duńskimi artystami, reprezentowała mnie też na tamtejszych targach sztuki. Stało się to w momencie, gdy kilka lat po studiach miałam kryzys, zaczęłam wątpić w sens tego co robię Cały czas dużo malowałam, ale miałam poczucie, że jestem w jakiejś próżni. Teraz w Polsce sytuacja wygląda dużo lepiej, jest więcej galerii, więcej zainteresowania sztuką, chociaż bardzo daleko nam jeszcze do zachodnich standardów, i boję się, że w obecnej sytuacji politycznej nawet ten mały potencjał zostanie zmarnowany.

Możliwość prezentowania mojego malarstwa w Skandynawii, jego dobry odbiór i poznanie tamtej kultury i języka sprawiło, że poczułam się bezpieczniej w swojej twórczości. Odkryłam, że jest jakiś inny świat i to mi dało ogromnego, pozytywnego „kopa” do pracy. Mój nauczyciel duńskiego mówił, że ucząc się nowego języka, dostajemy jakby drugie życie. I ja się tak właśnie poczułam, jakbym dostała nową szansę. W 2014 roku zostałam zaproszona przez Bogusławę Sochańską, dyrektorkę Duńskiego Instytutu Kultury w Warszawie, do zaprezentowania indywidualnej wystawy podczas oficjalnej wizyty duńskiej księżnej Marii Elżbiety. Wraz z kilkunastoma osobami związanymi z wymianą kulturalną miedzy Polską i Danią (min. muzykami Bolette Roed, Czesławem Mozilem i reżyserem Jacobem Dammasem) brałam udział w spotkaniu z księżną i dyskusji o sztuce w naszych krajach.

Kolejną ważną dla mnie wystawą była indywidualna wystawa w Galerii Miejskiej w 2012 roku, która była częścią festiwalu Noc Muzeów we Wrocławiu. Później w Galerii Platon odbyła się jeszcze wystawa „List oceaniczny. Obrazy inspirowane poezją Tomasza Różyckiego”, za którą dostałam Nagrodę Roku Związku Polskich Artystów Plastyków Okręgu Wrocławskiego za najlepszą wystawę w 2013 roku.

Istotne było też dla mnie rozpoczęcie kilka lat temu stałej współpracy z reprezentującą mnie do dziś Galerią Platon. Dla artysty bardzo ważne jest mądre wsparcie ze strony galerii, entuzjazm dla jego działań, pomysłów, promowanie i organizowanie wystaw. To wszystko zapewniła mi moja galeria. Dzięki temu mogę się rozwijać i spokojnie koncentrować na twórczości.

Co znaczy dla Ciebie twórczość Józefa Hałasa i jaki miała na Ciebie wpływ?

Byłam studentką profesora Hałasa przez całe moje studia. Świadomie wybrałam tę pracownię, znałam i bardzo ceniłam jego twórczość jeszcze zanim trafiłam na ASP. Oprócz tego, że był moim nauczycielem, stał się po prostu bardzo ważną częścią mojego życia. Hałas był z tego pokolenia profesorów, którzy potrafili wspaniale opowiadać i budować historie, tak, jak Tadeusz Dominik, którego też miałam szczęście poznać. Ciągle mam w pamięci mnóstwo jego barwnych dykteryjek, różnych powiedzonek. Moje ulubione to: „Malarstwa się nie wymyśla, do malarstwa się dochodzi” i „Natura jest najważniejsza, w naturze jest wszystko. Trzeba tylko to odkryć”. Często nas przestrzegał przed ślepym gonieniem za modami w sztuce. Dla niego ważne było skupienie na osobistych emocjach, podążanie własną drogą. Takie podejście zawsze bardzo mi odpowiadało. Po skończeniu studiów cały czas utrzymywałam z nim kontakt, odwiedzałam go w domu, brałam udział we wspólnych wystawach z nim i jego byłymi studentami. Na pewno miał duży wpływ na moje malowanie, chociaż zawsze pozostawiał mi w tym względzie wolność. Czułam jego wsparcie, autentyczny entuzjazm dla kierunku, w którym szło moje malarstwo. Może dlatego, że mieliśmy wiele wspólnego: w postrzeganiu tego, co było dla nas ważne w malarstwie, w zachwycie naturą i pokorze wobec niej. Malarstwo Hałasa jest przeważnie powściągliwe, ascetyczne, moje zawsze było rozbuchane w formie i w kolorze, ale ich rdzeń i baza są te same – abstrakcyjny pejzaż. Pamiętam wizyty w jego pracowni pełnej obrazów, książek, różnych pamiątkowych drobiazgów, łódek z łupin orzecha i patyczków, które sam robił. W tle snutych przez niego opowieści brzmiała muzyka klasyczna. Czasami trudno mi uwierzyć, że to zniknęło na zawsze, że nigdy już nie wróci. Zwiedzałam ostatnio piękną, dużą wystawę Hałasa w Muzeum Architektury. Zostało po nim tyle wspaniałych obrazów ale mimo to czułam jakiś dotkliwy żal. To też mi uświadomiło, jak bardzo był dla mnie ważny, nie tylko jako artysta, ale tak zwyczajnie, jako człowiek.

Sporo mówi się o społecznym i politycznym zaangażowaniu sztuki. Jak Ty się na to zapatrujesz?

Nie wiem, nie odbieram sztuki w ten sposób. Klasyfikowanie, szufladkowanie pozostawiam krytykom. Dla mnie nie jest ważne, do jakiej kategorii należy dzieło, ale czy mnie porusza. Bardzo lubię krytyczno-ironiczną sztukę Jerzego Kosałki i Krzysztofa Wałaszka. Jest w niej polot i humor, który uwielbiam. Ja zdecydowanie wolę wyrażać swoje poglądy polityczne, podpisując petycję w obronie Konstytucji, czy idąc z dziewczynami i chłopakami w Czarnym Proteście, niż malując obraz zaangażowany. To jest pewnie kwestia osobistej ekspresji, temperamentu.

Dla mnie w sztuce najważniejsza jest szczerość. Jeśli instynktownie czuję, że jakiś temat jest „nie mój”, nie podejmuję go na siłę. Nie mam potrzeby wpisywania się w trendy, dla mnie bardzo ważny jest osobisty, intymny aspekt malowania i jeśli to pozostawia mnie na marginesie mód, to nic, to jest mój świadomy wybór. W malarstwie i literaturze cenię ponadczasowość i – nie bójmy się tego słowa! – piękno. Szukam czegoś, co mnie wzruszy, trafi prosto w serce. Nie musi być ładne ale musi być przejmujące, porywające. Taka jest dla mnie na przykład sztuka Olafura Eliassona, Tomasza Domańskiego, czy mojego ulubionego malarza Rafała Borcza – autentyczna, skupiona, wynikająca z prawdziwego przeżycia. Takich artystów szczerze podziwiam.

Jak oceniłabyś kulturalny krajobraz Wrocławia po ESK 2017?

Z tego, co pozostało po ESK, najbardziej imponujący wydaje mi się Pawilon Czterech Kopuł, oddział Muzeum Narodowego prezentujący sztukę współczesną. Fantastyczne miejsce, pięknie i z rozmachem odremontowane. Dobrze jest wreszcie zobaczyć prace wrocławskich artystów we wnętrzach na europejskim poziomie i ciekawe, czasowe wystawy kuratorskie. Poza tym nie widzę jakiejś spektakularnej zmiany. Jest więcej galerii, ciekawych miejsc np. Krzywy Komin na Nadodrzu.

W ramach ESK świetną wystawę pt. „Sztuka szuka IQ” zorganizowała pani Ewa Kaszewska w Narodowym Forum Muzyki. Byłoby wspaniale, gdyby takie przedsięwzięcia mogły być kontynuowane. Brakuje mi we Wrocławiu dużych, nowoczesnych przestrzeni wystawienniczych do prezentowania malarstwa i dobrych współczesnych rzeźb w przestrzeni miejskiej. Cieszę się, że praca Oskara Zięty pojawi się na Wyspie Daliowej. Marzy mi się wielkoformatowa rzeźba-wieża Tomasza Domańskiego gdzieś w centrum miasta. To znakomity artysta światowej klasy i uważam, że miasto powinno się chwalić takimi twórcami, doceniać ich i wspierać. Dobra współczesna sztuka powinna być wizytówką naszego miasta.

Jakie są Twoje plany na najbliższą przyszłość?

Niedawno rozpoczęłam stałą współpracę z dwiema nowymi warszawskimi galeriami: Your Art Maison i Xanadu. Udział w pierwszych wystawach już za mną i cieszę się na dalszą współpracę.
Moje najbliższe plany to wystawa indywidualna w siedzibie fundacji Metamorfozy w Warszawie, znów połączona z koncertem Wawrzyńca Dąbrowskiego. Dokładny termin nie jest jeszcze ustalony, ale prawdopodobnie będzie to wczesna jesień. 14 października mam zaplanowaną wystawę towarzyszącą koncertowi zespołu Henry David’s Gun podczas Smoszewskiego Festiwalu Kultury. Udało nam się wystąpić wspólnie z Wawrzyńcem już dwa razy, we Wrocławiu i w Warszawie, kolejne okazje pewnie się pojawią, bo oboje jesteśmy otwarci na spontaniczne pomysły i lubimy nietuzinkowe, kameralne miejsca, w których można być blisko sztuki. Mam nadzieję, że to jest dopiero początek wspólnej artystycznej przygody. Jak już wspomniałam spotkanie z drugim człowiekiem to jest chyba największa radość, jaką daje mi malarstwo. Aż się prosi, żebym zacytowała na koniec fragment wiersza Tomasza Różyckiego „Te poniechane światy”:

(…)

Spełniło się tyle, że resztę życia musiałby

spędzić, dziękując, dziękując. A gwiazdy szumią,

że to jest początek, reszta wyjaśni się też

pewnej nocy. I dni się na razie chybocą

w metalicznym oddechu, na końcu języka.

I Wschód wciąż pochłania ludzi i marzenia,

jak w tamtej historii, kiedy przespał stację

i wysiadł w miejscu nieznanym i pięknym.

 

Fotografie dzięki uprzejmości Kasi Banaś. Od góry:

Kasia Banaś, Noc nad jeziorem Heddalsvatnet, olej na płótnie, 130 x 150 cm, 2016

Wernisaż wystawy „Te poniechane światy”. Od lewej: Tomasz Różycki, Wawrzyniec Dąbrowski i Kasia Banaś. Fot. Magdalena Jagintowicz

Kasia Banaś, Kwietniowy śnieg w Notodden, olej na płótnie, 120 x 150 cm, 2016