Upadła „Potęga awangardy” w Muzeum Narodowym w Krakowie

Ekspozycja reklamowana była słowami: Wystawa „Potęga awangardy” gromadzi prace nie pokazywane wcześniej polskiej publiczności, dzieła wielkich i klasycznych już dla historii sztuki artystów, takich jak Fernand Léger, Edvard Munch, Kazimierz Malewicz, Piet Mondrian czy Alexander Archipenko. Pracom tworzonym w pierwszych dekadach XX wieku towarzyszą dzieła współczesne dialogujące z historycznymi obiektami. Niestety, rzeczywistość niewiele miała wspólnego z hasłami reklamowymi. Na wystawie widz nie uświadczył zbyt wielu istotnych prac głośnych artystów. Jedna grafika Mondriana, jeden obraz Muncha, dwie niewielkie prace Malewicza… Wspomniany dialog między przeszłością a teraźniejszością w wielu momentach był bardzo naciągany albo nie było go wcale. Czytając relacje z Brukseli, z której wystawa przyjechała do Krakowa, wnioskuję, że w stolicy Małopolski widzowie zostali uraczeni bladym odpryskiem oryginału. Można się było rozczarować.

Praca Pejzaż morski Katarzyny Kobro w dużej, drewnianej ramie ze złotą tabliczką dar Niki Strzemińskiej w pewien sposób podsumowuje tą ekspozycję i pokazuje, że awangarda często brzydko się starzeje, a prace, które swego czasu miały rewolucyjny potencjał, są obecnie zaledwie zakurzonymi obiektami muzealnymi. Karol Sienkiewicz swój bardzo krytyczny tekst w Dwutygodniku zaczął od słów: Wystawa „Potęga awangardy” w Muzeum Narodowym w Krakowie miała być jednym z najważniejszych wydarzeń Roku Awangardy, a ukazuje jedynie muzealną impotencję. Trudno się z nim nie zgodzić. Dwa podstawowe problemy wystawy w Kamienicy Szołayskich to przeładowanie i zupełnie nietrafiona aranżacja. Na plus wyszłoby jej ograniczenie do jednego piętra.

Jak już wspomniałem, wiele zestawień było raczej przypadkowych i przypominało gorsze momenty MOCAK-owych wystaw x w sztuce. Choćby salka zatytułowana Akt. Konwencje z trzema niewielkimi pracami Marlene Dumas i jedną Muncha, która…nie jest aktem! Zamiast ciekawych asocjacji widz dostaje dużą ilość przypadkowo dobranych prac i w pewnym momencie chce po prostu dotrwać do końca.

Drugim problemem była sama przestrzeń wystawy, której nie udało się w wielu miejscach satysfakcjonująco zaaranżować. W rezultacie wiele prac zostało przytłoczonych przez zabytkowe otoczenie Kamienicy Szołayskich i częściej usłyszeć można było komentarze zachwalające ściany niż umieszczone na nich dzieła. Prawdziwy dramat rozgrywał się na drugim piętrze, gdzie największą uwagę zwracały różowe dykty, na których powieszono prace. Prawdziwa pasteloza w wydaniu muzealnym.

Dużo piszę o minusach wystawy, ale plusów też nie brakowało. Z mojej perspektywy największymi były prace malarskie, jak imponujący obraz Koena Vermeule Tokijski Marzyciej czy malowidło Luca Tuymansa. Jak zawsze broniły się rzeźby Katarzyny Kobro. Wrażenie robił film Marijke van Warmerdam z walizką zjeżdżającą po narciarskim stoku i dość zaskakującym zakończeniem. Fajnie było obejrzeć filmy pionierów kinomatografii w dobrych warunkach i trochę żałuję, że kuratorski duet nie poszedł w tym kierunku, bo wydawały się one na siłę doklejone do całości. Wielka szkoda, że sztuka przegrała z nietrafionymi pomysłami kuratorów. Wartościowe prace nie uratowały całości ekspozycji, która w podsumowaniach na koniec roku ma sporą szansę zagościć wśród największych rozczarowań 2017.

Potęga awangardy, 10.03-28.05.2017, Kamienica Szołayskich im. Feliksa Jasieńskiego, kuratorzy: Magdalena Czubińska, Andrzej Szczerski

zdjęcia: Ilona Sojda