Jak w filmie detektywistycznym – wywiad z Kamilem Bałukiem

Z Kamilem Bałukiem, autorem książki „Wszystkie dzieci Louisa”, rozmawiam o dalszych losach jej bohaterów, pomysłach na kolejne reportaże i najbliższych planach wydawniczych.

Chciałbym zacząć od prasowych rewelacji o doktorze Karbaacie, który okazał się ojcem przynajmniej dziewiętnaściorga dzieci. Gdybyś miał w czasie pisania książki wiedzę, która wtedy była tylko przypuszczeniem to czy jej układ by się zmienił i czy historia w niej przedstawiona wyglądałaby inaczej?

Przygotowując książkę, miałem świadomość, że Jan Karbaat był dawcą nasienia, ale nie mogłem tego napisać wprost, ponieważ nie było to prawnie możliwe. Wiedziałem, że już dwa lata wcześniej do sądu zgłosił się jego rodzony syn, który był przekonany, że ojciec sprzedawał własne nasienie w klinice. Było dla mnie jasne, że dopiero kiedy Karbaat umrze, będzie można to sprawdzić. Zaskoczyło mnie, że sprawa jednak trafiła do sądu i termin rozprawy wyznaczono na 2 czerwca. Biegli zabrali rzeczy osobiste Jana Karbaata, żeby za zgodą sądu porównać jego DNA z DNA osób, które podejrzewają go o ojcowstwo. Zdziwiłem się, że robią to w ten sposób. Wynikało to chyba z tego, że prawnicy nie byli w porozumieniu z organizacją, do której zgłosił się wspomniany syn Karbaata, a która jako państwowa agenda musi trzymać tajemnicę. Wyszło na jaw, że jest on ojcem biologicznym dziewiętnaściorga dzieci, ale to dopiero początek. Niektóre z nich urodziły się, zanim założył klinikę w Barendrechcie, co oznacza, że używał swojego nasienia jeszcze będąc dyrektorem szpitala w Rotterdamie.

Na końcu książki wspominasz o możliwości zapisania się do newslettera, żeby poznać dalsze losy bohaterów. Jakie są twoje plany związane z tą historią i jak wygląda dziś twój kontakt z Połówkami?

Uzbierało się już kilkadziesiąt subskrypcji.Cieszę się.  To nie jest ogromna ilość, ale zakładam, że niewiele osób czytało do tej pory książkę, od premiery minął dopiero miesiąc.

Dzięki newsletterowi mogę nawiązać relacje z ludźmi, którym książka się podobała i będą chcieli się dowiedzieć, że wydaję kolejną, na inny temat. Ale przede wszystkim zamierzam śledzić tę historię, ona rozwija się cały czas. Kończąc pisać książkę w marcu, miałem świadomość, że choćby tydzień później mogą pojawić się kolejne informacje, których mógłbym użyć i dopisać. Ale nie mogłem przeciągać procesu twórczego w nieskończoność. Dlatego wymyśliłem newsletter. Nie wysyłałem jeszcze żadnych maili, zbieram materiały i wymyślam treść. Będzie to pewne rozszerzenie książki. Dowiedziałem się nowych rzeczy i spotkałem więcej Połówek, niż opisałem w książce. Mam więc jeszcze historie do opowiedzenia.

Polubiłem te postacie. Utrzymuję kontakt szczególnie z kilkorgiem z nich, na przykład z Maaike i z Bjornem, którzy są w pewnym sensie PRowcami całej grupy. Kiedy ukazały się dwa holenderskie wywiady na temat książki, czułem się zobowiązany, żeby dać im znać jeszcze przed ich publikacją. Mam też stały kontakt z Monique, która podobnie jak ja była zainteresowana badaniem życia Jana Karbaata. Spędziliśmy wiele nocy na czacie, wymieniając się kolejnymi znalezionymi archiwalnymi materiałami. Czułem się jak w filmie detektywistycznym.

Nie bez powodu pytam o kontakty z Połówkami, bo zastanawia mnie kwestia trochę techniczna, a trochę związana z odpowiedzialnością reportera. Polubiłeś część z tych bohaterów, więc jak oddzielić tą sympatię osobistą z prawdą historii? Czy miałeś momenty, w których zastanawiałeś się, czy pewnych rzeczy nie pisać, bo to przeczytają? I jak z tym kontaktem później, kiedy kończy się książka? Dla niektórych byłeś swojego rodzaju powiernikiem…

Kiedy mówię, że kogoś polubiłem, to nie jest jednoznaczne z zaprzyjaźnieniem się. W reportażu kreujesz dosyć sztuczną sytuację, daleką od realiów koleżeństwa czy przyjaźni. Taką, w której masz nieograniczony czas dla drugiej osoby, bardzo mało mówisz o sobie, wysłuchujesz tyle, ile ona jest gotowa powiedzieć, i jesteś praktycznie wszystkim zainteresowany. Zwykłe relacje polegają raczej na wymianie. Gdybym miał do tych ludzi wrócić na gruncie towarzyskim, a nie reporterskim, to proporcje byłyby inne. Może im by to nie pasowało? Poza tym to nie była ta intensywność relacji, jaką widzimy między prawdziwymi kolegami i koleżankami.

Każda z Połówek mogła autoryzować swoje wypowiedzi. Niektórzy skorzystali z tej możliwości, więc mam spokój ducha. I wszystko nagrywałem. Nie ma w zasadzie kwestii w książce, której nie byłoby na papierze albo na nagraniu. Jeśli ktoś miał świadomość, co powstanie z mojej pracy, i nie widział potrzeby autoryzacji ani bezpośrednio po wywiadzie, ani po upływie roku czy półtora, to uważam, że wszystkie materiały były do wykorzystania. Nie róbmy z tych dorosłych ludzi nieodpowiedzialnych dzieci. Poza tym, jak można zauważyć w książce, większość moich bohaterów lubi występy medialne. Poszli ze swoim problemem do telewizji, więc podzielenie się nim do książki pisanej przez obcokrajowca było bardzo małym obciążeniem po tym, jak dwa miliony ludzi oglądało ich rozmowy w studiu.

Oczywiście starałem się wyciągnąć jak najwięcej z tych historii, chciałem przez zadawanie dodatkowych pytań i godziny spędzone z nimi zbudować atmosferę zaufania i dowiedzieć się trochę więcej, niż mówili w telewizji. O niektórych sprawach to mnie powiedzieli jako pierwszemu, a dopiero po naszej rozmowie przełamali się i opowiadali o nich również innym mediom, które emitowały ich słowa, zanim ukazała się moja książka. Miałem takie poczucie, że trudno jest nie powtarzać tych historii, bo każdy człowiek, szczególnie taki, który już dużo się wypowiadał dla mediów, ma taką swoją stałą dyżurną wersję wydarzeń, którą powtarza do znudzenia. Dlatego trzeba drążyć, oczywiście delikatnie, żeby z wysłuchiwanej wiele razy opowieści wyciągnąć jeszcze coś innego, ciekawszego.

Poruszyłeś ciekawą kwestię. Większość bohaterów nie ma problemu z otwartym opowiadaniem o tym, co się dzieje. Czy to było związane tylko z chęcią poznania prawdy, czy niektórzy chcieli coś na tym ugrać, na przykład moment sławy?

Na pewno tak było w niektórych przypadkach. Jeden z moich bohaterów, Bjorn, mówi wprost, że bardzo lubi oglądać swoją twarz w telewizji. Szanuję to. Chce być popularny, przecież wszyscy jego półbracia i półsiostry udzielali wywiadów i pokazywali się publicznie. Pytałem go o ten głód sławy, oceniając to trochę z perspektywy polskiej fałszywej skromności. Czy nie za duży? Nie rozumiał, o co mi chodzi. Moim zdaniem pozostali też lubią uwagę mediów, choć nie każdy się do tego przyznaje. Niektórzy mówili, że do telewizji idą dla dobra sprawy, żeby nagłośnić kwestię dzieci z dawstwa, by nowe osoby dowiedziały się o tym. I to faktycznie działa, bo niektórzy rodzice po zobaczeniu Bjorna w telewizji postanowili swoimi dzieciom powiedzieć, że są z dawcy. To dla mnie szokujące.

Ile obecnie mamy dzieci Louisa?

Czterdzieści potwierdzonych, choć nie wszystkie zgłosiły się do Połówek. Na pewno jest czterdzieści kilka, ale bardzo prawdopodobne, że ich liczba faktycznie wynosi około dwustu osób. Louis swoje wyliczenia zrobił z proporcji. Nie na podstawie danych kliniki Jana Karbaata w Barendrechcie, ale ośrodka w Lejdzie, gdzie powiedzieli mu kiedyś dokładną liczbę urodzeń z tej jednej kliniki: trzydzieści dwa. Tylko że obecnie wśród czterdziestki potwierdzonych Połówek są tylko dwie osoby z Lejdy! Pozostała trzydziestka żyje gdzieś w Holandii, ale może jeszcze nie wie, że pochodzi z dawstwa. Maaike mi dzisiaj powiedziała, że założy się, że do końca roku Połówek będzie pięćdziesiąt.

Czy wszystkie nowe osoby zostały przyjęte do Połówek? Bo książka urywa się w momencie, gdy członkowie zastanawiają się co dalej, kiedy dochodzi kilkoro nowych. Ciekawi mnie dynamika tej grupy, bo nasuwa się pytanie co dalej, jeśli faktycznie będzie ona liczyła dwieście osób.

Jest taki świetny moment w programie „Bez śladu”, do którego zaproszono Maaike, Bjorna i Fien. Fien mówi: „To niemożliwe, żeby było w Holandii dwieście dzieci jednego faceta!”. Jakby nagle to do niej doszło. Powstała bardzo demokratyczna grupa, przykładowo – Połówki głosują nad każdą decyzją. Rodzi to pewne problemy, bo starają się, żeby ważne postanowienia o grupie były podejmowane jednogłośnie, co chyba paraliżuje proces decyzyjny. Połówki dzielą się na mniejsze grupki, zwykle geograficznie. Na przykład w Rotterdamie, który leży najbliżej Barendrechtu, jest ich najwięcej. Niektóre osoby są z Limburgii narzekają, że są pozostawione gdzieś z boku. Poza tym ludzie w podobnym wieku i o podobnych doświadczeniach życiowych też tworzą osobne grupki. Obecnie jest wśród nich coraz więcej osób, którzy mają własne dzieci i nawiązują bliższy kontakt z innymi rodzicami. Młodzi natomiast częściej chodzą wspólnie na imprezy. Na przykład niedawno widziałem, że kilkoro z nich pobiegło razem półmaraton. Dzielą się ze względu na zainteresowania. Fani muzyki jeżdżą razem na festiwale.

Pozostając w temacie relacji mógłbyś powiedzieć kilka słów o historii powstania okładki?

Przez długi czas nie znałem mojej sąsiadki. Dopiero po piętnastu latach mieszkania w jednym bloku odkryłem, że Magdalena Franczuk jest fotografką. Bardzo spodobały mi się jej zdjęcia. Eksplorowała wątek klasycznych, dotkniętych patyną obrazów z pogranicza cielesności i medycyny, nagiego ciała, atlasów anatomicznych, nożyczek. Stwierdziłem, że skoro sam staram się pisać nowocześnie o nowoczesnej historii, fajnie byłoby mieć klasyczną, nieco retro okładkę, najlepiej w lekko kryminalnym stylu. Spytałem Magdę, czy podjęłaby się tego, a ona bardzo się ucieszyła. Zrobiła sesję z modelem i mi wysłała. To jedna z okładek, gdzie na początku nie wiadomo o co dokładnie chodzi, i interpretacja jest indywidualną kwestią. Reakcje na tę pracę były bardzo dobre. Podczas wieczoru premierowego w Warszawie ktoś mnie poprosił, żebym wytłumaczył okładkę. Odmówiłem. To jest samodzielna wizja kogoś, kogo uznaję za niezaleźnego, interesującego artystę, który po zapoznaniu się z tematem mojej książki, wymyślił taki koncept.

Tak samo ja nie odpowiem ci, o czym jest moja książka. Lubię słuchać, co ludzie myślą po przeczytaniu i i jak określają jej główny temat, bo każdy widzi to inaczej. W poniedziałek uczestniczyłem w debacie, w której brał udział profesor bioetyki, prawniczka i ginekolog. Sposób, w jaki odbierali tą historię, był świetny, w każdym przypadku inny. Sporo się od nich dowiedziałem. To może będzie naiwne wyznanie, ale Umberto Eco powtarzał, że dzieło i czytelnik to jest osobna całość, a autor nie powinien tłumaczyć tego, co napisał, bo jego praca żyje bez niego. Pzekonuję się z każdą kolejną opinią, że faktycznie tak jest.

Ciekawi mnie, co dalej. Twój kolejny projekt jest już na zaawansowanym etapie. W dodatku na końcu „Wszystkich dzieci Louisa” piszesz, że miałeś dziesięć tematów o Holandii, a ten był jednym poleconym przez twoich mentorów. Co w takim razie z pozostałą dziewiątką? Czy coś z tego będzie?

Półtora roku temu dostałem Stypendium im. Ryszarda Kapuścińskiego na napisanie zbioru dziesięciu albo dwunastu reportaży z Holandii, który będzie moją następną książką. Pracuję nad nią, ale idzie to powoli. Teraz na szczęście euro potaniało, bo przez kwestie finansowe na początku plułem sobie w brodę, że wybrałem taki kraj. Paradoksalnie reporterzy, którzy piszą o odległej Azji mają łatwiej, bo lot kosztuje dużo, ale na miejscu jest już lepiej. Do Holandii lot jest tani, potem bywa, że nocleg Cię rujnuje. No ale cóż, zbyt wiele spraw mnie tam ciekawi. Chciałbym wejść głębiej niż podstawowe skojarzenia: prostytucja, wiatraki, tulipany i narkotyki, choć te tematy zawsze gdzieś się przewijają. Bardzo podobają mi się kwestie związane z nadawaniem kształtu społeczeństwu. Holandia w ostatnich kilkudziesięciu latach jest świetnym przykładem tego, jak społeczeństwo może się wyginać i gdzie leżą granice tego wyginania się. Można to zobaczyć na takich przykładach jak modelowe osiedla. Osuszane z wody poldery, na których były budowane miasta jeszcze w latach sześćdziesiątych. Co się z stało z tymi miejscami? Kto tam mieszkał? Ciekawią mnie też jednostkowe historie, jak na przykład dzieje człowieka, który zbudował naturalnych rozmiarów Arkę Noego w Dordrechcie, albo bliźniaczki, które były najstarszymi prostytutkami świata i zostały rekordzistkami Guinnessa w najdłuższym praktykowaniu tego zawodu. Dużo jest tam ciekawych i nieopisanych po polsku historii, które tylko czekają na odkrycie. Studiowałem niderlandystykę i pamiętam, że wiele osób interesowało się tym krajem, ale do tej pory nie pojawił się nikt, kto przekuwałby to w reportaż. Są książki o Holandii po polsku, ale zwykle to artykuły lub publicystyka. Na miejscu działa sporo reporterów i też tworzą fajne rzeczy. Jeśli uda się zainteresować ludzi moją drugą książką, chciałbym, żeby to był początek mody na Holandię. Może wtedy udałoby się namówić jakieś wydawnictwa na tłumaczenia reportaży pisanych przez Holendrów. Są pierwsze sygnały, że „Wszystkie dzieci Louisa” będą przełożone na niderlandzki, co może wzmocnić współpracę.

Myślisz o tym, żeby wyjść poza tematykę niderlandzką, żeby nie zaszufladkowali cię jako tego gościa, który pisze o Holandii?

Żeby wyjść, najpierw muszę zostać zaszufladkowany, a mam wrażenie, że po tej książce to jeszcze się nie zdarzy. We „Wszystkich dzieciach Louisa” Holandia jest tłem. Choć analizuję tam dziesiątki lat debaty o sytuacji prawnej i etycznej w tym kraju, myślę, że ludzie jeszcze nie będą tego tak w stu procentach wiązać. Nie wiem, co się stanie po drugiej książce. To chyba fajna specjalizacja, bo jest sporo reporterów, którzy wybrali sobie jeden kraj i o nim pisali, ale zawsze przychodzi taki moment, że zaczynasz szukać czegoś nowego. Jeśli miałbym się teraz deklarować, to po dwóch pozycjach o Holandii chciałbym się zmierzyć z czymś z Polski albo z innym gatunkiem reportażu, na przykład biografią. Jestem otwarty na różne pomysły, bo sam nie potrafię wymyślać tematów. Najpierw muszę mieć wielokrotne potwierdzenie, że coś jest ciekawe, bo wciąż mam wrażenie, że interesuję się jakimiś błahymi rzeczami. Właśnie dlatego nieomal przeoczyłem ten temat. Nie był on dla mnie pierwszym wyborem, bo jest naprawdę poważny, a mi bardziej zajmujące wydaje się kto jest autorem piosenki „Biały miś”, albo co robią Polacy w saunie, albo jak wygląda życie polskich sprzątaczek w Belgii, niż to, że jeden mężczyzna w Holandii ma dwieście dzieci i one się odnajdują. Na początku wydało mi się to strasznie trudne, myślałem że w życiu nie dotrę do tych bohaterów. Teraz, gdy udało mi się odnaleźć ich więcej niż planowałem, uważam, że wszystko jest możliwe, tylko niektórym rzeczom trzeba poświęcić więcej czasu.

Zdjęcie autora: Filip Skrońc

Więcej o autorze: http://kamilbaluk.pl/