Recycling: Stars of The Lid „The Tired Sounds of Stars of the Lid”

W lipcu 2012 roku zamknąłem bloga Obskury, który był powiązany z audycją w internetowym Radiu Panteon. Czasami żałuję tej decyzji, więc mam nadzieję, że tym razem będę miał więcej zapału. Wydaje mi się, że warto przypomnieć część tekstów z tamtych czasów. Oto jeden z nich.

Redaktor Marek Fall powiedział kiedyś żartem, że życie byłoby łatwiejsze, gdyby zniknęły wszystkie wydumane nazwy i tytuły dokładnie określały treść dzieła. The Tired Sounds of Stars of the Lid jest idealnym spełnieniem tego postulatu. Dźwięki zawarte na szóstym albumie duetu Brian McBride – Adam Wiltzie sprawiają wrażenie naprawdę zmęczonych. Długie, wieloczęściowe suity składające się na tę płytę to kolejny, ważny krok na artystycznej drodze SOTL. Sześć lat po debiutanckim, nagranym domowymi metodami Music for Nitrous Oxide, amerykańscy artyści w pełni wykorzystali możliwości, które dają techniki studyjne i stworzyli ambientowego potwora. W tym wypadku bestia przeraża raczej rozmiarami niż agresywnością. O ile na poprzednich płytach duetu przemierzaliśmy raczej kosmiczną pustkę, o tyle The Tired Sounds of Stars of the Lid na przestrzeni lekko przekraczającej dwie godziny eksploruje wewnętrzne przestrzenie słuchacza i zmusza do maksymalnej uwagi. Pod tym względem przypomina przełomowe krążki Keitha Fullertona Whitmana. Wszelkie progresje są tu bardzo subtelne i wychwycenie ich wymaga niezwykłej uwagi. Od razu trzeba dodać, że to co niektórych(w tym autora tego tekstu hipnotyzuje) innych może po prostu usypiać. Kwestia wrażliwości.

Stars od The Lid unikają popularnego w tego typu graniu crescendo, a struktury, które tworzą wyłaniają się powoli z ciszy i ponownie w niej giną. Amerykanie tworzą muzykę dla tych, którzy zmęczeni są formatem i strukturą piosenek. Piękno ma wiele twarzy. Oni zdają się widzieć w ciszy, która należy do najważniejszych instrumentów na tym albumie. Od pierwszych sekund Requiem For Dying Mothers wiemy z jaką muzyką mamy do czynienia. Majestatyczne drony przecinają przestrzeń i…tutaj warto dodać, że druga część tej suity kończy się samplem zapożyczonym z finałowej sceny Stalkera Andrieja Tarkowskiego. Przesuwana siłą telekinezy szklanka sunie po blacie stołu, pies skamle, a w oddali słychać gwizd przejeżdżającego pociągu. Podobnie jak w arcydziele rosyjskiego wizjonera najważniejsze umyka słowom. Chwilę później słyszymy fragmenty radiowych audycji, pogłosy i melodię pianina, która mrozi krew w żyłach. Tak mogły brzmieć eksperymentalne audycje, które Brian McBride robił w czasach studenckich. Austin, Texas Mental Hospital jest nieco żywsze, ale tylko osoba niezwykle odważna, albo pozbawiona wyobraźni co często idzie w parze użyłaby go jako soundtracku w czasie spaceru po tytułowym przybytku. Niepokój zawarty na tej płycie swoje apogeum osiąga pod koniec środkowej części Broken Harbors. Drugi dysk jest jakby spokojniejszy, bardziej przestrzenny i niemal pozbawiony gitarowych przesterów.

Otwierający go Mulholland mógłby spokojnie znaleźć się na ścieżce dźwiękowej jednego z filmów Davida Lyncha, którego twórczość panowie Wiltzie i McBride darzą wielkim szacunkiem. Piano aquieu to piękno w czystej postaci. Zaś Fac 21 odsyła nas do uniwersyteckiej sali, gdzie muzycy SOTL poznawali tajniki radia i telewizji. Oparta o zwiewną melodię pianina i delikatne drony Ballad of Distances przywodzi na myśl dokonania Labradford. W podobnym klimacie pozostajemy do końca albumu, na którego wielką kontynuację przyszło czekać długich siedem lat.

Kranky, 29.10.2001

Posłuchaj: https://starsofthelid.bandcamp.com/album/the-tired-sounds-of