Jak przetrwać Biennale i nie zwariować?

Weneckie Biennale to jedna z największych i najważniejszych imprez poświęconych sztuce współczesnej na świecie. Dziesiątki pawilonów narodowych, olbrzymia wystawa główna i niezliczone wydarzenia towarzyszące sprawiają, że tylko nieliczni mają okazję dokładnie obejrzeć wszystkie prace. Przeciętny turysta ma zazwyczaj zaledwie dzień, żeby zobaczyć sztukę zgromadzoną w Giardini, Arsenale oraz pawilonach rozrzuconych po całym mieście. W moim przypadku było podobnie, w związku z czym musiałem opracować pewną strategię zwiedzania. Pomogły mi w tym doświadczenia zdobyte podczas poprzedniego pobytu na Biennale w 2015 r. Odpowiedni research i zapoznanie się z recenzjami prac pozwoliły mi wyłonić potencjalnie najbardziej interesujące punkty imprezy, ale opinie innych nie zawsze mają pokrycie w rzeczywistości, więc i tak zostało wiele niewiadomych. Założyłem, że dam szansę każdej napotkanej ekspozycji. Postanowiłem też trzymać się z daleka od długich wideoartów. Ich obecność na Biennale rodzi wiele wątpliwości co do trafności strategii kuratorów poszczególnych pawilonów. Nie kupuję tłumaczenia tego bezkompromisowością i nie kłanianiem się masowemu gustowi. Na imprezach tego typu, gdzie setki prac rywalizują o uwagę widza, prezentowanie kilkugodzinnych filmów skazuje je z góry na porażkę, bo prawdopodobnie nikt nie obejrzy ich w całości.

Ogrom weneckiego Biennale i mnogość kuratorskich strategii prezentowanych w poszczególnych lokalizacjach sprawiają, że ciężko na podstawie tej imprezy wyciągać ogólne wnioski o stanie sztuki współczesnej. Równie trudno byłoby wyodrębnić dominujące tematy. Oczywiście niektóre motywy, na przykład kryzys uchodźczy, pojawiały się częściej niż inne, ale nie na tyle powszechnie żeby można było je określić mianem myśli przewodnich. Z tego względu na potrzeby tej relacji podzieliłem wystawy na trzy bardzo subiektywne kategorie: zapadające w pamięć, przeciętne i słabe. Jak można się domyślić, dominowały te drugie. Jednoznacznie złych było niewiele, choć niektóre z nich bardzo chciałbym odzobaczyć…

Zachwyty

Wśród wystaw, które zrobiły na mnie największe wrażenie pierwsze miejsce zajął pawilon Australii. Na wystawę My horizon złożyły się dwa cykle fotografii i dwa wideoarty. Zdjęcia Australijki Tracey Moffatt wprost zapierały dech w piersiach. Olbrzymie fotografie (2×1,5 metra!!!) z wyraźnym ziarnem były przemyślane w każdym calu. Takie serie jak Body remembers chciałbym oglądać na każdej wystawie. Z żalem ją opuszczałem.

Podobna sytuacja miała miejsce w pawilonie Finlandii. Nathaniel Mellors i Erkka Nissinen na wystawie The Aalto Nathives postanowili postawić na poczucie humoru i przekłuć balon wszechobecnej na Biennale powagi. Po kilkunastu konceptualnych wystawach ich propozycja była prawdziwym powiewem świeżego powietrza. Zabawny film wykorzystujący zróżnicowane techniki animacji, gadające rzeźby i głupawe piosenki, które nuciłem do końca imprezy, z automatu umieściły fińską propozycję wśród moich faworytów. Plus rzadko jest okazja oglądać seks muppetów.

Równie zabawna była łotewska wystawa What can go wrong, na której Mikelis Fisers w humorystycznych obrazkach i rzeźbach przedstawiał alternatywną historię świata pełną reptilian, spisków i przybyszów z innych światów.

Wielka Brytania była jednym z państw, które postawiły na przegląd twórczości jednego artysty. Podobnie było w przypadku USA (na plus) i Rumunii (na minus), choć z krańcowo różnych skutkiem. W brytyjskim pawilonie królowała Phyllida Barlow, której realizację można w uproszczeniu scharakteryzować jako połączenie Abakanowicz i Tarasewicza. Stworzone z tanich i łatwo dostępnych materiałów instalacje wciągały w swój świat i zapisały się w mojej pamięci.

Prawdziwym hitem była również instalacja Giardini Colourfall Iana Davenporta, którą stała się jedną z najczęściej fotografowanych prac. Spore wrażenie robił również pawilon austriacki. Jeszcze przed wejściem zwiedzających witała efektowna instalacja. W środku spodobały mi się neony Brigitte Kowanz i zachęcające do interakcji instalacje Erwina Wurma. W ich przypadku trafny wydaje się termin rzeźba partycypacyjna. Na koniec Węgry, za które niech przemówią obrazy:

Średniaki

Do tej grupy niestety można zaliczyć polski pawilon. Bez znajomości kontekstu realizacja Sharon Lockhart była mało czytelna. Ten projekt powinien być pokazywany na indywidualnej wystawie w Zachęcie, ale niekoniecznie w Wenecji.

Koreański pawilon kusił witryną, ale jego zawartość była zwyczajnie przegadana. Filipiny zaprezentowały ciekawe neony i niezbyt interesujące obrazy. W przypadku Egiptu wrażenie robiła przemyślana aranżacja, dzięki której pawilon przemienił się w chatę na pustyni. Panoramiczna projekcja na pięciu ekranach też nie była złym pomysłem. Szkoda, że jej treść więcej obiecywała niż dawała. Podobnie było w wielu innych pawilonach m.in. argentyńskim i greckim.

Słabo, oj, słabo

Najsłabsze wystawy to w sporej części prezentacje przejrzałej sztuki konceptualnej. Tak było w pawilonie urugwajskim, gdzie drewnianej konstrukcji Mario Sagradiniego towarzyszył mętny tekst. Najciekawsza w całej sali była naklejona z boku instalacji kartka z prośbą, żeby nie skakać po eksponacie, co akurat wydawało się dość kuszące. Niewiele lepiej było w pawilonach hiszpańskim i holenderskim. Inaczej ma się sprawa z Belgią. Prace Dirka Braeckmana były naprawdę dobre, ale sposób ich ekspozycji nie pozwolił się nimi cieszyć. Kuratorka Eva Wittocx chyba zupełnie nie wzięła pod uwagę, że we Włoszech może świecić mocne słońce i zatopione w czerni fotografie zupełnie stracą w nim swoją siłę.

Na koniec Czechy. Tego nie da się opisać słowami, więc niech ponownie przemówią obrazy:

Gasnący entuzjazm

Na koniec kilka słów o głównej wystawie pt. Viva Arte Viva. Kuratorka Christine Macel zgromadziła na niej prace 120 artystów. 103 z nich debiutowało na Biennale i prawdę mówiąc, mógłby to być ich pierwszy i ostatni raz na tej imprezie. Broniły się duże nazwiska, jak Olafur Eliasson czy John Waters. Najkrótsza recenzja wystawy głównej: typowy MOCAK, czyli dużo i chaotycznie. W natłoku realizacji gubiły się wartościowe prace. Całość wyglądała tak, jakby kuratorka próbowała pokazać wszystko, co udało jej się zdobyć, stąd dość powszechna krytyka jej wyborów. Mimo tego narzekania zapewne za dwa lata kolejny raz wrócę na Biennale, które dla miłośnika sztuki współczesnej jest przecież obowiązkową pozycją w kalendarzu imprez.

Zdjęcia: Ilona Sojda-Prociak